
Parność tego czerwcowego dnia ciążyła nad ogrodem niczym ciężki, niewidzialny koc. Nawet ptaki przestały śpiewać, a powietrze między starymi jabłoniami było tak nieruchome, że oddychając miało się wrażenie, że trzeba je przeżuwać. Wycofaliśmy się do małego, nieco odosobnionego drewnianego domku na końcu posiadłości. Było to miejsce pachnące suchym sosnowym drewnem, starymi narzędziami i suszoną lawendą - odosobnienie, w którym czas zdawał się płynąć wolniej. Tak naprawdę szukaliśmy tu tylko schronienia przed nieznośnym południowym upałem, ale ładunek emocjonalny między nami od dawna był znacznie bardziej intensywny, niż sugerował termometr na zewnątrz.
Wtedy, niemal bez ostrzeżenia, atmosfera się zmieniła. Niebo zmieniło kolor z jaskrawego błękitu na groźny antracyt. Na początku były to tylko pojedyncze, ogromne krople uderzające w dach z blachy falistej jak ciężkie uderzenia bębna, ale w ciągu kilku sekund wszystkie wrota się otworzyły. Deszcz zamienił świat za oknem w szarą, pędzącą ścianę. Niepowtarzalny zapach świeżego deszczu na rozgrzanym asfalcie i chłodna, ziemista wilgoć ogrodu przesączały się przez szeroko otwarte okno. To było przeciążenie sensoryczne, które uderzyło nas oboje w tym samym czasie.
Nagłe, radykalne ochłodzenie z zewnątrz tworzyło idealny, niemal boleśnie intensywny kontrast z żarem płonącym między nami. Rytmiczne, ogłuszające stukanie wody o dach działało jak archaiczne bicie serca, zegar dla naszego długo tłumionego pożądania. Staliśmy bardzo blisko siebie i w słabym świetle altany widziałam, jak włoski na jego przedramionach stają dęba, gdy pierwszy chłodny powiew dotknął naszej rozgrzanej, niemal gorączkowej skóry. Każdy ruch, każdy dotyk czuł się bardziej pierwotny, dziki i realny pod dudniącym grzmotem, który wibrował drewnianymi deskami pod naszymi bosymi stopami.
Bez oporu daliśmy się porwać surowej, nieokiełznanej energii burzy. To była całkowita ucieczka od cywilizacji, instynktowna, niemal szamańska chwila pośród uwolnionych sił natury. W schronieniu skrzypiących drewnianych ścian, podczas gdy świat na zewnątrz zdawał się tonąć w masach wody, pozostały tylko nasze ciężkie, zsynchronizowane oddechy i ogłuszający dźwięk deszczu. W tej godzinie nie istniało wczoraj, żadne konwencje społeczne, żadne zobowiązania i zmartwienia - tylko nagie tu i teraz i to odurzające, elektryczne uczucie, które przemknęło przez nasze ciała jak błyskawica. Byliśmy jednością z burzą, jednością z deszczem, a przede wszystkim jednością z samymi sobą.





